Jak spaść z kosmosu? Poradnik alternatywny.


W Polsce jeszcze niekoniecznie, ale są już miejsca na świecie i ludzie, gdzie i dla których odcięcie się od sieci to luksus.

Namiastki takiegoż luksusu, w warunkach życia codziennego, a nie brykania gdzieś tam w dziczy niczym Beata Pawlikowska internetowej dżungli – próbowałam ostatnio zaznać. Ot bez zbędnych ceregieli wylogowałam się z konta na Insta z postanowieniem nieodpalania Appki co najmniej przez 72 godziny.

Tym samym zyskałam trochę czasu na przemyślenie życia offline w kontekście owego luksusu.

Zyskałam trochę czasu…

Fakt, sieć go pochłania! O ile nie mogę wylogować się w 100% ze względu na pracę, to na Instagram zaglądam bo lubię. Fakt, że słucham stories przy gotowaniu. Ale przy tej czynności odsłuchuję również audiobooki, co jednak „karmi mnie” bardziej niż przypadkowe pitolenie o Szopenie. A jednak czasem wybieram Instastory…

Nałóg? Zapewne! W czasie detoksu łapałam się na tym, że mnie ciągnie! Większa część społeczeństwa to narkomani sieci i będzie tylko gorzej. Słowem – zafundowałam sobie taki luksus jak 3-dobowy odwyk. Celebryci zamykają się w klinikach wszelakich, bo ich stać. Mnie stać na zamknięcie konta na jakiś czas. Kto bogatemu zabroni? Zamierzam powtarzać ten rodzaj terapii.

A tak na serio – wylogowanie się do życia jest fajne. Amerykanie już porzucają swoje konta na Fejsie. I Polakom się znudzi, szczególnie, że ono nie pełni już swojej roli. Widzimy głównie to, co każą nam widzieć algorytmy. Nuda!

Ale ja właściwie nie o tym chciałam, tylko o specyficznym i szczególnym stanie umysłu.

Aczkolwiek trochę to powiązane z potrzebą zwolnienia tempa życia, sterowanego celowo generowanym konsumpcjonizmem, z codzienną pogonią „za wszystkim” i z siecią, w której wszystko mamy tu i teraz. Kiedy tylko zapragniemy. Zakupy wszelakie, dostęp do dziennika elektronicznego (jako rodzic ucznia – szanuję!) i do elokwentnego doktora Google, przepisy kulinarne dla będących na diecie molekularnej, liczenie kroków i podskoków, możliwość monitorowania w aplikacji jakaż to kometa aktualnie przelatuje nam nad łbami, odpalanie odkurzacza w chacie z pozycji leżaka w czasie, gdy akurat urlopujemy na Santorini, itd.

To co dziś mamy w smartfonach – w głowie się nie mieści! Ale pędzimy przez życie tak szybko, że przyjmujemy wszystkie udogodnienia technologiczne jako oczywiste, a ponadto – trudno nam się bez nich obejść i rozdziawiamy japy, gdy się Twitter na godzinę wywali. Ojojoj!

I w tym miejscu, dla otrzeźwienia i ochłonięcia – ja polecam twarde lądowanie. Zachodzę w głowę – po co wylogowywać się skądkolwiek, kiedy w zasięgu jest jakiś kosmos, z którego naprawdę łatwo wrócić na Ziemię? Tę Ziemię…

Niedowierzanie…

Moja rada!

Wystarczy udać się na Pocztę Polską, gdzie krajobrazem zmieniającym się przy stawianiu każdego kolejnego kroku w kolejce są „Receptury siostry Aurelii czy tam innej Eulalii”, odświeżacze powietrza, modlitewniki, mydła, ręczniki, rajstopy i galanteria, a nawet (o postępie!) Pepsi z lodówki. Następnie wypisać kopertę i druk na polecony i… odstać sobie 50 minut(!!!), choć startowało się jako 3 osoba w kolejce, tylko po to, żeby kupić znaczek i wysłać list… To się nazywa priorytet! A jaki slow life! A jakaż lekcja pokory! Mówię Wam! Kosmos!

.

Ewentualnie można też spróbować przejechać się PKP.

Wcześniejszy O tym, jak postanowiłam zostać królową!
Następny Soundtracki i kawałki, które pokochałam dzięki platformom: Netflix i HBO