Maybe this is where we belong…


kroolova przypału?

Jechałam ostatnio zawieźć Kostka na imprezę urodzinową do sali zabaw…

Żyję w niedoczasie, ale za to jestem wytrawnym logistykiem! Zatem wszystko zaplanowane. Odbiór z przedszkola, prezent, ogarnięcie posiłku, bo wciąż mamy ogromne problemy z jedzeniem i poza domem gotów chodzić głodny, przebranie, moja kawa, torba na podarunek do kupienia po drodze i strzała. Suniemy.

No i posunęliśmy. Lokalna kwiaciarnia z torebkami w asortymencie zamknięta, więc kupiliśmy ją ostatecznie w dyskoncie w pobliżu sali zabaw. Przebijając się wcześniej przez całe miasto w godzinach szczytu. Pakowanie na parkingu, w środku tłum ludzi, bo tych urodzin to więcej niż jedne, kapcie z worków jak w szpitalu, poszukiwania wolnej szafki, wciskanie kurtek na chama bo ciasno. Kiedy już taka upocona, zmachana, ale z poczuciem ulgi na sercu i ze stylowymi reklamówkami na stopach w najmodniejszym kolorze khaki, radowałam się że zdążyliśmy na czas i już miałam odhaczać dziecko na liście… zrozumiałam. Że to nie ta sala zabaw, a właściwa jest w innym końcu miasta…

Kroolova przypału!

No więc od nowa…

Przebijanie się do szafki wśród tłumu i TYCH charakterystycznych dźwięków, jakie dochodzą z zatłoczonego miejsca dziecięcych uciech, kto był ten wie, kto był z migreną ten wie bardziej. Wyciąganie zmiętolonych kurtek, ubieranie butów i wszystkiego, lot do samochodu, który zostawiłam po tamtej stronie ulicy gdzie market (a co tam, przejdziemy się) i rura. Przez miasto, na remontowanej trasie, w korku. Przepchałam się cudem w kilkanaście minut, ale dalej trafiłam na zamkniętą ulicę. I żeby dojechać na urodziny – musiałabym okrążyć miasto. Wypakowaliśmy się więc z auta, zostawiliśmy na pastwę losu, byle gdzie i kontynuowaliśmy na pieszo.

Determinacja.

Przyczyną zamknięcia drogi był położony nieopodal budynek, który mijaliśmy. A raczej jego ruiny. Tyle co zostało po wyburzeniu, a ja z nic nie mogłam sobie przypomnieć jak wyglądał wcześniej, nim w górę prochu się obrócił. No nic. Ostatecznie dotarliśmy wprost na dmuchanie świeczek, impreza była udana, a kolejnego ranka omal nie zaspałam na rowery, bo zmęczony po wieczornych harcach brzdąc – dał nam pospać prawie do ósmej. Do ósmej mówię Wam!

Niebo niemal!

Nie licząc, że tej nocy spał z nami, bo choć niedawno, po latach prawie sześciu zadecydował o przenosinach do własnego łóżka – wciąż nas „odwiedza”. Na szczęście, bo tęsknimy. Jednak ja mam wówczas <w odruchu bezwarunkowym> nos i żebra na ścianie, do której zwracam się w ramach zachowania protokołu bezpieczeństwa, gdyż syn mój sypia tak, że kilka razy omal nie straciłam oka otrzymując niespodziewany strzał. Z pięty. A z kolei mąż mój wówczas stara się nie spaść z łóżka.

Na rowery udało mi się dotrzeć na czas. I na szczęście tym razem niczego nie pomyliłam i trafiłam do właściwego klubu fitness. Alleluja! Pedałowało mi się dziarsko, bo i wyspana byłam i energia fajna i muzyka motywująca. Na koniec zajęć zabrzmiał mój ulubiony kawałek do jazdy, choć odkąd zapodałam go kiedyś Kostkowi – nie mam muzycznego życia. W każdym razie wtedy, gdy on jest w pobliżu. Słucha non stop. Non stop. I to więcej „non stop” niż słucham ja, gdy mi coś w ucho wpadnie. Jak ten motyw, do którego link zostawiam na dole.

Mimo wszystko…

zmęczyłam się zdrowo i z uśmiechem na twarzy i byłam cała happy. Tak jak syn mój wczoraj, kiedy chwilę po siódmej rano kupowaliśmy w Biedrze cuksy do przedszkola. Z jakiej okazji? Bez okazji. Miał ochotę i plan przynieść czekoladki – więc czemu nie? Sama też ucieszyłabym się, gdyby ktoś mi przyniósł. Choć nie wiem, bo gdy mąż przynosi to się wkurzam, że są i trzeba je zjeść 😉 No bo co się mają marnować?

Więc stoimy w kolejce do kasy w tej Biedronce, a on sobie rozprawia tak, że wszyscy słyszą. „No widzisz mama? Jednak ta Biedra nie jest aż taka zła. Udało Ci się tu kupić aż dwie rzeczy”… (kroolova przypału). Tak. Udało mi się jeszcze z wrzosem o nienaturalnym odcieniu i z rozbawieniem sennego towarzystwa przed nami i za.

Ślub.

Po południu szukałam pewnego dokumentu sprzed lat. Nie znalazłam, lecz w ręce wpadła mi płyta DVD z nagraniami ze ślubu. Przeznaczenie. Jak nie siadam, by nic nie robić bo zawsze COŚ, jak nie oglądam TV w środku dnia, tak zaległam przed ekran i spędziłam przed nim całe popołudnie. W środku, olaboga, tygodnia. Zawsze oglądamy przed pierwszym sierpnia, przed rocznicą, ale w tym roku jakoś nie było okazji. I tej płyty pod ręką. Mówię Wam. Jeśli w środku chce Ci się wyć, a nie masz łez, nie umiesz się zmusić choć w głębi czujesz, że potrzebujesz – wystarczy włączyć sobie płytę ze ślubu. Spectrum emocji i ich maksimum. Obejrzałam nawet fragmenty, których nie lubię. Pośmiałam się serdecznie i popłakałam sobie też.

Kilka klipów, zanim tata zabrał go na męskie wyjście, obejrzał ze mną Kostek. Też miał łezki w oczach i powiedział, że to dlatego, że chyba czuje zazdrość. Że go z nami tam nie było. I w ogóle to chciałby cofnąć czas i nam tamtego dnia towarzyszyć. Z kolei wieczorem powiedział ojcu tak: „Tata! Ja się nigdy nie ożenię! Wiesz dlaczego? Bo na zawsze chcę zostać tu. Z Wami”.

A ja myślę, że jednak tak. Bo to fajny chłopak jest i coś czuję, że tak jak kolejka do kasy w Biedrze, tak i do niego będzie się ustawiać. Już współczuję tej dziewczynie. Nienawidzę jej.

Żartowałam. W końcu kroolova przypału 😉

kroolova przypału?Już ją lubię. W ogóle lubię ludzi, a ludzie chyba lubią mnie. Przywiązuję się. Oglądając ten nasz film ze ślubu, który nie był takim klasycznym wydarzeniem, bo czy klasyczne może być wspinanie się w sukni i na obcasach pod górę, z orszakiem najbliższych za sobą? I złażenie z tej górki we dwoje, z ostatnimi tego dnia promykami słońca rozświetlającymi nasze twarze, które to zaraz umkną za najwyższym szczytem po drugiej stronie kotliny? I czy klasyczny może być totalny spokój w sercu, luz w tyłku i sielanka w tym dniu? Powiem Wam, że jak zorganizowałam tych ileśtamdziesiąt wesel to wiem, że nie. A nam tak było. I wracając do tego dnia, dzięki zapisowi cyfrowemu, znów czułam tę atmosferę. I przypominam sobie, a raczej po raz kolejny utwierdziłam się, bo są rzeczy które mi nie umykają…

Mam za sobą plecy.

Ludzi, których nawet jeśli nie widzę na żywo latami i nie rozmawiamy często – to oni są. I gdy się spotkamy, to choć w międzyczasie wydarzą się miliony rzeczy, choć na głowie stanie świat, to między nami nie zmieni się nic. Tak mam i z tymi, którzy bliżej. Ci którzy są obok naszych problemów, wiedzą jak trudny mieliśmy czas o przedwiośniu i później i teraz. Nawet nie wyobrażacie sobie ile wtedy płynęło wsparcia. I wtedy i później i teraz. Rwąca rzeka pełna dobrych emocji.

Zrobię Ci zakupy. Dzwoń o każdej porze. Może chociaż pomogę w sprzątaniu? Zawiozę w każdej chwili. Załatwię kontakt, pomilczmy razem, będę tam z tobą. Tak było. Jest. Ja sobie ze wtedy poradziłam, choć gdybym potrzebowała – dzwoniłabym. Siły dodawały mi plecy. Mam je cały czas. Miałam wtedy i mam teraz, gdy za oknem jesień i w życiu też. Jesteście uśmiechnięci i jesteście moim uśmiechem. Ciepłym wspomnieniem i chwilą obecną. Jesteście wszędzie. Dziękuję.

 

Posłuchajcie koniecznie <3 :

https://www.vevo.com/watch/angus-julia-stone/my-house-your-house-(audio)/CAN131700142

 

Przeczytaj inne moje teksty z kategorii kroolova matka, kroolova przypału, kroolova życia. Znajdziesz je na kroolova.pl.

 

Wcześniejszy Ono nie nadaje życiu sensu. To życie nadaje sens jemu.
Następny W przeddzień tego, co nieuniknione...