O tym, jak postanowiłam zostać królową!


kroolova

Tytuł posta, nowa nazwa domeny i deklaracja, że to prawdopodobnie najważniejszy wpis na tym blogu, jaki kiedykolwiek miał miejsce.

O tym jak postanowiłam zostać królową!

Och! Jakże pompatyczne, dziarsko, próżnie i… nieadekwatnie mogą wybrzmiewać te słowa (i tutaj, gdybym mogła, wstawiłabym najczęściej używaną przeze mnie ikonkę z blondynką łapiącą się za głowę i myślącą… „o esuuuu”). Tak. Słowa mają moc i nie raz, nie dwa pisałam tutaj niegdyś, że warto byłoby mieć wobec nich pokorę…

Dzisiaj jednak odkrywam więcej kart. Przez ostatnie lata, jeśli śledziliście moje pojedyncze wpisy, mogliście domyśleć się, że coś nie gra. I to się zgadza. Jak już wpadłam i z potrzeby wypisania się wypisałam, to… nieźle owijałam w bawełnę. Potrafię czytać między wierszami, tak też piszę. Dzisiaj jest we mnie samej zgoda, by powiedzieć więcej. Pamiętacie na przykład wpis pt. „To już pewne. Zachorowałam.”?  No więc tam nie chodziło o to futro, a badania kontrolne odbyły się naprawdę. Resztę sobie dopowiedzcie. Ja pozwolę sobie zamknąć temat na tym i nie rozgrzebywać. Na razie.

Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Ja tak mam.

Odchorowuję.

Ale nie dlatego znikłam. Ostatnie lata to była walka. Też o zdrowie, ale mojego Kosty. Jedni rodzice mogliby na ten temat pisać i mogłoby to być formą terapii, zrzucenia z siebie choć odrobiny trudnych emocji. Ja się zacięłam. A mówić o tym wszystkim co nas spotykało – mogłam rozmawiać jedynie z tymi, którzy byli mi najbliżej.

Każdy rodzic wie, że choroba dziecka to coś, co można uznać za najtrudniejsze doświadczenie. Każdy rodzic, który miał szczęście nie przechodzić takich problemów – potrafi to sobie wyobrazić. Wiem o tym. Wiem, że więcej nie muszę tłumaczyć. I teraz też nie będę rozpisywać się co i jak, ale mogę Was uspokoić, że od kilku miesięcy jest lepiej i choć boję się zapeszać, to wewnętrznie jestem spokojniejsza. I to pozwala mi zebrać się w sobie. Po kilku latach ciągłego ścisku w brzuchu, nieustannie ściskającej za gardło niewidzialnej pętli, uczucia dręczonego pulsowania z tyłu głowy i kłucia w klatce piersiowej – czuję lekką ulgę. Stan paniki, stałego bycia na czuwaniu, może depresji i ogromnego strachu to coś, co przeżywa się fizykalnie. Boli każdy włos na głowie. Tego nie da się nie odchorować.

Co jeszcze się działo?

Obok tego i innych problemów (kto ich nie ma?) – staraliśmy się żyć normalnie. Niczego nie tracić, bo dzieciństwo własnego dziecka to coś najcudowniejszego, co można razem w życiu przeżyć. Coś co dwa razy się nie zdarza. Czas mija. Nie da się wrócić nawet do chwili sprzed chwili.

Przeczytaj też tekst: „Tylko raz”

Pracować trzeba, zrobić zakupy, ugotować obiad. W obliczu spraw ważniejszych takie to zwykłe, płytkie i nieistotne. Z drugiej zaś strony – trzymające człowieka w ryzach. Nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała, ale trochę doceniłam rutynę i inaczej spojrzałam na to, co na co dzień wydaje mi się trywialne. Kompletny paradoks.

Mistrzowsko manewrując pomiędzy okresami wyciszenia choroby, które były niezwykle krótkie, w które trzeba się było wstrzelać, które wracały niespodziewanie bywaliśmy też tu i tam, robiliśmy to i tamto i jakoś udawało nam się zaczerpnąć z życia tego co dobre. Złapać oddech na wyścigi, dodać sobie odrobiny  sił. Równolegle poświęciliśmy się terapii związanej z integracją sensoryczną (więcej TUTAJ). To dopiero kobyła do przerobienia! Jednak 4 lata intensywnej pracy nie poszły na marne! Na tej linii osiągnęliśmy spektakularny sukces, z którego jestem dumna i szczęśliwa, ale jak mocno przestawiało nam to szyki – ja wiem najlepiej.

Jak się domyślacie – nie mogłam być tutaj, kiedy musiałam i chciałam być z dzieckiem, przy dziecku, dla dziecka. I kiedy paraliżował mnie strach.

Dziś jestem tylko obok. Obok wspaniałego, samodzielnego chłopaka, który ma 7 lat, katar którego już się nie boję i swoje sprawy. Przyspieszony kurs dorastania dziecka zrobił swoje, ale przeszliśmy przez wszystko razem i pozytywy też są. Nawet dziś, w szkole, zaczepiła mnie pewna pani od cotygodniowych zajęć, by powiedzieć mi jakiego wspaniałego, mądrego i wyjątkowego mam syna. I wierzcie mi, słyszę to tak często, że brak mi dobrych słów w kontekście tej częstotliwości. I po prostu dziękuję, bo ja to wiem.

Kroolova!

blog lifestylowey kroolova.plJeszcze zanim się to wszystko zaczęło, dostałam od życzliwych mi dziewczyn z pracy T-shirt z napisem „Princess”. (Inni, z printami nawiązującymi do cech charakteru – też dostali). Wszak zawsze było ze mnie coś z księżniczki. Wiem, wiem. Przez skromność nie zaprzeczę 😉 Księżniczka czy królewna jednak musiała dorosnąć i teraz bliżej mi do zaprawionej w bojach królowej matki, królowej własnego życia i królowej przypału, bo na (moje!) szczęście – dystans i humor mnie nie opuściły, choć ewidentnie nie panuję nad swym losem.

Nie odcinam się od tego co było, bo się nie da i nie chcę nawet. Zachciało mi się natomiast wrócić do blogowania, ale potrzebowałam zmiany. Dlatego postanowiłam zostać kroolovą (bo i po co się rozdrabniać?), co to w swoim zamku rządzi, a innym razem jeździ na mopie. Grazine.pl źle, bardzo źle mi się kojarzy. Gdy przechodziłam na tę domenę jeszcze z „parentingowego” – nie tak miało być…

Z tym, z czym miałam się pożegnać – to się pożegnałam. Trochę odkurzyłam bloga, choć przede mną jeszcze sporo pracy. Zaorałam jego pozycję w Google, bo trochę wpisów mimo wszystko tu zmagazynowałam i zaczynam od nowa, gdzieś z czeluści internetu. Ale co mi tam. Ostatnimi laty żyłam chwilą i właściwie każdego dnia zaczynałam wszystko od nowa. Zapomniałam co to stabilizacja, nuda i co to plan, choć i tak zawsze było mi do takiego constans dalej niż bliżej. Jestem przyzwyczajona, pełna zgody na taki stan rzeczy i powiem więcej. Tak trzeba żyć! 

Wcześniejszy The show must go on!
Następny Jak spaść z kosmosu? Poradnik alternatywny.