Synestezja.


piosenka moich trzewi

Jest taka przypadłość. Synestezja. Ludzie odbierają rzeczywistość za pomocą zmysłów, jednak inaczej niż większość. Jedni traktują to jako zaburzenie, inni jako zdolności. Tutaj np. widzi się dźwięki albo czuje kolory. Kombinacje są różne. Ma to Billie Eilish, dla której, jak twierdzi, każdy człowiek posiada kształt i kolor i miał to Vladimir Nabokov, autor „Lolity”. Podobno może mieć to każdy, kto zażyje LSD, no ale może lepiej tego nie sprawdzać 😉

Ciekawe, jakimi kolorami jesteśmy? Ja mam swoje typy.

I jest taka książka. Tak sobie myślę, że współcześnie – niezwykle trudno stworzyć interesujący, wyróżniający się design powszechnie dostępnego wydania. Coś oryginalnego. Bo z wyglądu książka to książka. Ma papierowe kartki i okładkę. Miękką lub twardą. Nie bez powodu wszystkie regały świata posiadają takie same pustki na wymiar, czekające na wypełnienie. Liczy się to, co w środku. Dla czytelnika i dla półek, z których rozpościerają się jedynie grzbiety. A i grafik nie musi płakać projektując.

Ta moja książka nie jest półkowa. Jest „samochodowa”. Choć nieraz przeszła mi przez głowę taka myśl, że jej głęboka, ponadczasowa zawartość zasługuje na najlepsze miejsce w domu, bo boczna kieszeń drzwi lub schowek w aucie to dla niej ujma. No i nieraz, w tym poczuciu nieadekwatności, taszczę ją ze sobą, coby wy(godnie!) ją ułożyć, ale później znów wraca w mobilne miejsce, by leżeć od strony pasażera i być pod ręką. Bo i dobrze się ją w dłoniach trzyma.

W drodze. Właśnie ją – najlepiej poczytuje mi się w drodze. Wtedy, gdy zwykle nie mam ze sobą okularów do czytania, ale tych kilka zdań, nie bez wysiłku lecz jednak – jestem w stanie odkodować z czytelnej strony. Jadąc nawet, albo na stacji benzynowej, gdzie pojazdy karmi się benzyną, brzuchy hot dogami, a ja, w tej krótkiej przerwie, mogę nakarmić serce i umysł zbitką liter. W oczekiwaniu na kawę… Każdy potrzebuje swojego paliwa, na którym przez chwilę lub dłużej może trwać.

Gdyby miłość miała kolor, to byłaby czerwona. Jak ogień. Jak cegła. Jak krew.

I jak ta „poezja” Kory, z zapisków zawartych w jej „Zeszytach”. Trafnie, pięknie wydana, pełna światła i cieni wewnątrz, z oprawą twardą i miękką zarazem. Uczuć pełna i prozy życia, nie tylko tej związanej z kochaniem („Kto się poniża dla mody tego czas zgniecie” albo „Recykling – z dwóch zużytych starych polityków – 1 nowy” – ależ to na czasie!). I z wieloma słowami, z którymi niebezmyślnie mija się zmieniające krajobrazy.

„Miłość zaczyna się od miłości” (tak!) jest nasycona czerwienią i… muzyką! A książka, gdyby dalej opisywać ją synestezyjnie – jest o tej miłości molekułach, choć pełna ujęć z perspektywy kosmicznej makroskali. Piosenka moich trzewi.

Moja historia to skoki

nagłe zwroty

olśnienia i skręty

muzyka nie czyni nas

nieśmiertelnymi ale

pozwala nam „Znosić życie”.

Olga Kora Sipowicz

Wcześniejszy Mantry bez czarowania. O kwantowych fluktuacjach i żywej kropli wody.
This is the most recent story.