Zmiana


Lato. Poza czasem. Tyle się działo, że minęło w okamgnieniu. Z pisania dla przyjemności leciały tylko pojedyncze listy i teksty do szuflady. Z między wierszami. Jeszcze trochę i zacznę je palić. Nie znoszę zbierać, otaczać się rzeczami, wolę emocjami. Choć tu akurat materia z energią współistnieją.

A jeśli chodzi o ogień to był. Było też dużo mocy i choć nic tego nie zapowiadało, a przez lato przemykam ślizgiem i na wdechu, bo niespecjalnie za sobą przepadamy (chyba, że dużo pada) – minione wakacje zaliczam do jednych z najważniejszych. Niepostrzeżenie, bez zapowiedzi wpisała się w nie zmiana. Czasem, gdy myśli się, że już wszystko o sobie się wie, to zza winkla wpada do życia taki Zygmunt Chajzer własnego umysłu, o śnieżnobiałym uśmiechu wypranym w Vizirze i krzyczy „Zonk”. Jeszcze nie wszystko mała! Zostało coś do odkrycia. Ale jest dobrze.

Jest dobrze budzić się kiedy inni śpią. Mówić co się czuje, czynić co się myśli. Jest dobrze niczego nie zakładać. A szczególnie tego, że jutro też jest dzień. Dobrze jest…

Jednak wspominając o lecie zaraz miałam przejść do jesieni. Dopiero co czułam ją w kościach, a teraz już w przeziębieniu (w tym miejscu łączę się w bólu z moją kumpelą, z którą znów nie zjem śniadania, bo obie poległyśmy). W weekend pojechaliśmy do miejsca, które jest mi wentylem. I tak bujałam, bujałam (wyjątkowo) nie w obłokach, a na hamaku i schodzić mi się nie chciało, nawet gdy słońce dawno już schowało się za chmurami. I marzłam. Bo oprócz scenerii – niejaki RY X w słuchawkach skutecznie mnie zatrzymywał. Po Deep Housowej letniej zajawce napędzającej do działania – ewidentnie znów wpadam w nostalgię. Mój czas. Od bitów wolę balans. Subtelną, nienachalną melodię i wokalną ekspresję, niuanse. Ale czym się dziwić, gdy młody już znosi do domu kasztany, w kuchni pachnie kremem z dyni z imbirem, a dłonie tak bardzo potrzebują ciepła… Jesień nastraja.

 

Wcześniejszy O miłości
This is the most recent story.